Szczuty przez życie i ludzi… O bratanku Wittgensteina Thomasa Bernharda

fot. nadesłane
Słowa kluczowe: Thomas Bernhard, choroba, szaleństwo, wariat, uznanie, oszczerstwo. Abstrakt: Esej jest interpretacją książki Bratanek Wittgensteina Thomasa Bernharda, która traktuje o chorobie – choruje się w niej w dwóch pawilonach, na głowę i na płuca. Jedni pacjenci są szaleni, drudzy zaś, z uwagi na swój krótki, szybki oddech, nie dają rady wejść nawet na szóste piętro. Jak to więc jest – chce wiedzieć Bernhard – są dwie choroby – choroba ciała i choroba duszy – czy też człowieka nęka jedna i ta sama dolegliwość, mianowicie: „choroba”? W analizach podjęto rozważania na temat: granicy między zdrowiem a chorobą, stosunku do choroby, dystrybucji uznania.
Koronawirus
wielkopolskie
229
zobacz mapę / szczegóły
REKLAMA
PIOTR NOWAK UNIWERSYTET W BIAŁYMSTOKU

SZCZUTY PRZEZ ŻYCIE I LUDZI… O BRATANKU WITTGENSTEINA THOMASA BERNHARDA

Wszystko jest przerysowane, ale bez przerysowania nie da się w ogóle nic powiedzieć .


W tej książce – chcę bowiem pisać głównie o niej – choruje się w dwóch pawilonach, na głowę i na płuca. Jedni pacjenci są szaleni, drudzy zaś, z uwagi na swój krótki, szybki oddech, nie dają rady wejść nawet na szóste piętro. Jak to więc jest – chce wiedzieć Bernhard – są dwie choroby – choroba ciała i choroba duszy – czy też człowieka nęka jedna i ta sama dolegliwość, mianowicie: „choroba”?


Chorzy i wariaci

Chorzy na płuca przyglądają się w tej książce mieszkańcom domu wariatów („pawilonu Ludwig” ) po to, by rozproszyć swoje przerażenie nadchodzącą szybko, szybciej niż u innych, śmiercią. Patrzą na nich, aby rozproszyć nudę towarzyszącą chorobie, która nakazuje odnotowywać skrzętnie każdą myśl o nadciągającym końcu. Mówiąc krócej, chorzy na płuca umierają, a wariaci czynią ich śmierć lżejszą. Co istotne, w „pawilonie Hermann”, tym, w którym trzyma się chorych na płuca, umiera się bezgłośnie, bez towarzyszących przedśmiertnym konwulsjom „szeptów i krzyków”. Wygląda to tak, jakby chorzy chcieli się posunąć i zrobić miejsce jeszcze dla innych, wprawdzie mniej chorych, ale i tak kołyszących się już nad grobem. Dla gruźlików – choć do końca nie jest jasne, co dolega narratorowi (porte parole Bernharda) – świat, w jakim żyją, nie ma zbyt wysokiej ceny, również nagie życie nie wydaje się im wiele warte. W „pawilonie Hermann” wszystko urządzone jest tymczasowo i trzyma się na włosku, „na Wezuwiuszu”. Wynika stąd, że czym innym jest niepełnosprawność fizyczna, czym innym zaś jej psychiczna postać. Tylko hipokryci, którym zależy na zakłóceniu tej różnorodności będą utrzymywać, że to właściwie to samo, że choroba to choroba, że ktoś niespełna rozumu i niewidzący albo głuchy są tak samo chorzy i niepełnosprawni . Bernhard mówi, że to bzdura. Dlaczego Paul – „wariat” – może wejść na szóste piętro, a mnie – Bernhardowi – ta sztuka się nie udaje? – pyta retorycznie.


Czy Paul struga wariata, czy też po prostu nim jest?

Paul Wittgenstein, wydumany bratanek wielkiego Wittgensteina oszalał, gdy pewnego dnia zwrócił się przeciw światu, świat zaś mu się „odwinął”. Doszło do bolesnej „kolizji”. Szybko okazało się, że ludzie – rodzina, sąsiedzi, osoby postronne – nie chcą rozmawiać z „wariatem” przede wszystkim dlatego, że brak im woli do takiej rozmowy, gotowości do jej przeprowadzenia, a nie że tamtemu brakuje siódmej klepki. Bernhard przemyca w tym miejscu en passant uwagę, sugerując, że my wszyscy jesteśmy nieźle stuknięci, tyle że nie dajemy się pochłonąć przyczajonemu szaleństwu. Jesteśmy zwariowani zachowawczo, przez co nasze trzymane na wodzy szaleństwo jest sto razy straszniejsze od szaleństwa wszystkich wariatów świata. Straszniejsze, bo gotowe uwolnić się w każdej chwili i objąć sobą cały świat. Skądinąd jest to teza przepisana – jakże oryginalnie! – od Foucaulta . Warto pamiętać, sądzę, o tej znaczącej paranteli.

Jako wielki znawca opery („władca premier” ) Paul potrafił wykończyć każdą miernotę, o której widownia nie zdążyła wyrobić sobie właściwego zdania. Artystów „mordował” gwizdem, tupaniem, złośliwym piórem. Nie do zachlapania, twierdził, był tylko prawdziwy geniusz (w książce Bernharda jest nim Herbert von Karajan). Pomniejszych twórców można i trzeba zakasować, przemilczeć, czy „zabić” gazetą, jak muchę. Wielkich zabić się tak łatwo nie da (43).

Wariat nie ma najmniejszego pojęcia – i to jest wspaniała cecha wariata – o wartości przedmiotów, nawet obiektywnie cennych, przez co podważa porządek świata, w jakim żyje. Za to właśnie tak bardzo lubimy Paula. A także za podróżowanie taksówką do Paryża na koszt bogatej ciotki. Równie zabawne, jak rozbijanie się taksówkami po świecie, jest w tej książce kupowanie dwóch identycznych garniturów na miarę. Gdy wreszcie oba były gotowe, wariat Wittgenstein oświadczył, że chyba nie jest wariatem, aby zamawiać dwa identyczne garnitury (63). Pytanie zatem, kto je zamawiał, nasuwa się samo. I jaki udział w szaleństwie mają ci, co przyjmują każde zamówienie, jakie się im zleca. Gdy więc Paul potrzebuje gotówki, sprzedaje za bezcen rodzinne meble i obrazy, przepijając większość sumy z ich nabywcą (65). Taki rozmach, fantazja, taka dezynwoltura mogą nawet pociągać, podobać się, choć wiemy, że cechują ludzi odznaczających się brakiem jakiejkolwiek duchowej równowagi.

Paula nie nękała mania „liczenia okien między budynkami” (128), czy też kompulsywne unikanie stawiania stóp na łączeniach chodnikowych. Cierpiał prawdopodobnie na przewlekłą depresję (58), którą rodzina starała się leczyć przez okresowe posyłanie go do kliniki psychiatrycznej lub zachęcając do podjęcia zajęć rutynowych, na przykład pracy w biurze. Dzięki znajomościom w miejskim zakładzie ubezpieczeń krewni umieścili go w miejscu, w którym objęcie posady przez sześćdziesięcioletniego arystokratę graniczyło z cudem. Nikt zresztą nie wróżył mu powodzenia, nie wierzył, że ktoś, kto po raz pierwszy w życiu zarabia na własne utrzymanie, poza tym bywa niezrównoważony, wytrwa w tym zamiarze dłużej niż parę dni. Ku zaskoczeniu wszystkich Paul pracował w nim aż do śmierci.


Chorzy i zdrowi

Osobne pytanie, jakie Bernhard stawia w tej książce, dotyczy stosunków chorych ze zdrowymi. Jak one się układają? Gwoli ścisłości trzeba zaznaczyć, że również sam pisarz chorował przewlekle na płuca. Czy jego wysokiej próby twórczość, w której zawsze króluje zły nastrój i mizantropia, nie jest mimo wszystko objawem tęgiego, twórczego zdrowia?

Na pewno choroba wypycha człowieka ze świata. Każdy powrót ze szpitala to powrót do świata nowego, innego niż ten, który osoba chora opuściła. W okresie rehabilitacji, a więc „powrotu do zdrowia”, musi dołożyć „nadludzkich starań” (67), aby znaleźć się w miejscu, jakie poprzednio zajmowała. Na chorych nikt nie chce czekać. Bo też zdrowi nie czekają zwykle na poprawę, gdyż na ogół mają dość siły, aby zmienić świat wokół. Zdrowi nie chcą rozumieć chorych, ani też chorzy nie mają cierpliwości do zdrowych. Nie do końca wiadomo, po której stronie stoją lekarze: czy jako zdrowi stoją po stronie zdrowych, czy jako lekarze biorą stronę swoich pacjentów. Tak czy inaczej, chory osaczony jest właściwą tylko jemu chorobą. Każda choroba jest szczególna, każda indywidualizuje, nie ma dwóch identycznych chorób. Dlatego chory jest zawsze pozostawiony samemu sobie. Nie umie przetłumaczyć siebie za język innych ludzi. „Chory – czytamy u Bernharda – potrzebuje pomocy jak najmniej widocznej, a takiej, niestety, zdrowi nie są w stanie mu udzielić. Swoją samolubnie w ostatecznym rachunku obłudną chęcią niesienia pomocy szkodzą tylko choremu i wszystko mu utrudniają (…) Obłuda zdrowych wobec chorego to zjawisko bardzo powszechne” (68-69). Konflikt zdrowych z chorymi widać zwłaszcza na przykładzie „chorób” zideologizowanych, do których należy przede wszystkim szaleństwo, na pewno zaś niektóre jego postaci. W tym sensie chorzy „mają nieraz dość siły, by wypchnąć zdrowych i całkiem ich wypędzić, nawet zabić” (71) . Dla Bernharda wszakże różnica między zdrowiem a chorobą jest bardzo czytelna, rozpoznawalna przede wszystkim na podstawie symptomów. Jednocześnie wie on, że o ile można „zrobić” z kogoś „wariata”, to zazwyczaj choroba jako taka nie jest konstruktem społecznym. Ona spada na człowieka i siada mu na ramieniu, jak kruk z wiersza Edgara Allana Poe . Do pewnego stopnia taką chorobą jest starość. Po 60-tce nikt nie ma ochoty wszystkiego robić samemu. Wtedy osoby nawet relatywnie zdrowe, nierzadko po raz pierwszy zaczynają rozglądać się za pomocą, za laską, za nordicsticks itd. Ta intuicja znalazła kapitalne rozwinięcie w filozofii Arthura Schopenhauera, którą przytoczę w parafrazie Simmla.

„Myśli i losy nie byłyby w stanie wywołać wszystkich tych udręk, gdyby w jakiejś postaci nie tkwiły już w nas i nie czekały (co wyraźnie pobrzmiewa w samym słowie »wywołać«). Najbardziej niesamowite jest to, że przy takich okazjach nachodzi nas przeczucie niezmiernego zasobu cierpienia, który nosimy w sobie jak w zamkniętym naczyniu, mrocznego bytu, który jeszcze nie jest rzeczywistością, ale w jakiś sposób jest obecny, z którego los ciągle wydobywa jakieś części, lecz nieskończenie wiele pozostawia. Zbiornik ten przez większość czasu spoczywa w nas w spokoju, czasem jednak, gdy jakiś szczególny ból lub wstrząs otworzy go, zaczyna się ruszać, głucho wibrować, a my odczuwamy to straszliwe dziedzictwo potencjału cierpienia, które niczym organ zawsze znajduje się przy nas, a którego nędza, nigdy rzeczywiście w pełni nie przeżyta, jest posagiem do zrealizowania. Żywiona przez nas pewność, iż nasze ukryte cierpienie nigdy się w pełni nie urzeczywistni, nie wydaje się pociechą, tylko czymś najstraszniejszym, gdyż nawet jeśli nie urzeczywistniamy go w pełni, to jest ono w całości nasze” .


„Mnozi u stoluvůbecnevěděli, kdo je Canetti…” 

Na szczęście dla nas, czytelników Bernharda, nie jest to książka tylko o chorych i chorowaniu. Świetne strony poświęcił on w niej dystrybucji uznania w świecie literackim. Zastanówmy się, co takiego załatwia nam uznanie, że aż tak o nie zabiegamy? Czy potwierdza ono czyjeś istnienie jako literata, czy też trzeba powiedzieć mocniej: potwierdza je ono w sensie najogólniejszym, gdyż jako nieuznani stajemy się niewidzialni, nie ma nas ? Nawet ludziom bardzo inteligentnym – przekonuje Bernhard – udziela się niekiedy panika, że znikną bez śladu. Paul na krótko przed śmiercią najmuje więc sekretarkę, aby podyktować jej życie, zostawić po sobie jakiś ślad. Udaje mu się sklecić 10, 15 stron, bo mniej więc na tylu potrafi je streścić. Ale nawet taką klęskę, klęskę literacką daje się pomniejszyć, zracjonalizować, obracając ją w relatywny sukces:

„Jeśli Ludwig obrócił się w bezwstydnego filozofa, to Paul obrócił się w bezwstydnego wariata, a przecież nigdzie nie jest powiedziane, że filozofa tylko wtedy można określić tym mianem, gdy, tak jak Ludwig, swoją filozofię spisuje i ogłasza drukiem, jest filozofem także ten, kto niczego z tego, co wyfilozofował, nie opublikuje, a więc również, gdy nie pisze niczego i niczego nie ogłasza drukiem. Przecież ogłoszenie drukiem tylko czyni oczywistym i ogłasza wszem i wobec to, co oczywiste, a co nie mogłoby stać się oczywistym, i być ogłoszone wszem i wobec bez ogłoszenia drukiem. Ludwig był tym, który ogłaszał drukiem (swoją filozofię), Paul tym, który nie ogłaszał drukiem (swojej filozofii), i tak jak Ludwig w ostatecznym rachunku urodził się po to, żeby ogłaszać drukiem (swoją filozofię), Paul po to się urodził, żeby drukiem (swojej filozofii) nie ogłaszać. Obaj byli jednak, każdy na swój sposób, wielkimi, zawsze pobudzającymi, oryginalnymi, przełomowymi myślicielami, którymi szczycić się może ich i nie tylko ich epoka”
(91).

Kwestia uznania doczekała się przede wszystkim rozwinięcia w wydanych pośmiertnie Moich nagrodach Bernharda. Za życia pisarza książka ta nie ukazała się, ponieważ zawarte w niej obszerne fragmenty pisarz umieścił właśnie w Bratanku. Czytamy w niej o pompowaniu farbowanych wielkości, które biorą na cel osoby z biglem, prawdziwie utalentowane, następnie je niszczą. Bernhard podejmuje temat osobowej „wymienialności” („tamten jest dobry jak każdy inny”), opisując sytuacje, w których tak zwani „jurorzy” często nie wiedzą, kogo nagradzają, za co oraz po co to robią. Język kultury to dla nich „czeski”. O Eliasie Canettim nie słyszeli nigdy, no może poza tym, że to prawdopodobnie Żyd . Na ogół uznanie dystrybuowane jest więc przez tych, którzy najmniej się do tego nadają, ponieważ mają jedynie niewielkie pojęcie o tym, za co przypinają odznaczenia i z jakiego powodu przyznają nagrodę. Zwłaszcza o nagrodach literackich trzeba powiedzieć, że one wcale nie wywyższają twórcy, tylko go poniżają. Można je brać, gdy idą za nimi pieniądze, pieniądze bowiem zawsze należy brać. Granica w ich przyjmowaniu powinna być granicą wieku.

„Do czterdziestego roku życia godziłem się na związane z przyjmowaniem nagród poniżanie. Do czterdziestego roku życia w owych ratuszach i aulach dawałem z siebie robić durnia, przyjmowanie nagrody nie jest bowiem niczym innym niż robieniem z siebie durnia. Przyjąć nagrodę to nic innego niż pozwolić komuś zrobić z siebie durnia, ponieważ dostaje się za to pieniądze. Wręczanie nagrody uważałem zawsze za największe poniżenie, jakie można dla kogoś wymyślić, nie za wywyższenie. Nagrodę bowiem przyznają zawsze ludzie niekompetentni, którzy pragną zrobić z człowieka durnia i którzy istotnie robią durnia z człowieka, jeśli przyjmie ich nagrodę. A mają oni pełne prawo robić z człowieka durnia, ten bowiem jest tak nikczemny i niegodziwy, że przyjmuje ich nagrodę. Tylko w najpilniejszej potrzebie, w bezpośrednim zagrożeniu życia i egzystencji i tylko do czterdziestego roku życia człowiek ma prawo przyjmować związaną z pieniędzmi albo jakąkolwiek nagrodę lub wyróżnienie. Przyjmowałem nagrody, nie będąc w najpilniejszej potrzebie i bez zagrożenia życia czy egzystencji, przez co uczyniłem z siebie nikczemnika i niegodziwca, człowieka odrażającego, w najprawdziwszym sensie tego słowa” (96).

U mnie na Radzie Wydziału  co roku rozgrywa się mniej więcej to samo: toczy się licytacja, komu przyznać medal, a kto ma już i tak ich dużo i nie potrzebuje. Któregoś razu wstał pewien profesor od stopni wojskowych i odznaczeń, następnie zapytał, czy zdajemy sobie sprawę, że medal, o który właśnie szła kłótnia, przyznano w Polsce w zeszłym roku 50 tysięcy razy? W jakim więc sensie jest to wyróżnienie? Wyróżnienie kogo? Jeśli nie idzie za tym kasa, po co je brać? To jest jakaś wschodnia proksyneza : car wymyślił odznaczenia nie po to, by nagradzać swoich poddanych, tylko, aby ich różnicować („widzieć”), to znaczy jednych wywyższać, innych zaś poniżać („proszę uniżenie, / Ranga moskiewska, order, cóż to za znaczenie?” ).

Bernhardt nienawidzi nagród literackich i odznaczeń, ale chyba z jeszcze większą niechęcią odnosi się do tak zwanego „życia literackiego”, które z niewiadomych przyczyn skupia się zwykle – bo przecież pisze i myśli się zawsze samemu – w kawiarniach. W końcu, żeby napisać cokolwiek, nawet nie książkę, tylko opowiadanie czy parostronicowy felieton, trzeba swoje wysiedzieć za biurkiem i w bibliotece, a nie „przy koniaczku”. „Przy koniaczku” bowiem wszyscy są tacy sami. Dlaczego przedkładają gwar nad ciszę gabinetu? Tajemnica. „Zawsze pałałem nienawiścią do kawiarni wiedeńskiej” – pisze. „I jeszcze dziś, szczerze mówiąc, choruję na tę kawiarnianą chorobę wiedeńską, jak się okazało, owa choroba przesiadywania w kawiarni to najbardziej nieuleczalna ze wszystkich moich chorób. A zawsze pałałem nienawiścią do wiedeńskich kawiarni, ponieważ byłem w nich konfrontowany z sobie podobnymi” (123). Odpowiedź na pytanie o rosnącą liczbę złych książek nasuwa się zatem sama: złe książki powstają milionami, ponieważ wszystkim wydaje się, że za intelektualnymi wypocinami musi stać natchnienie, że można tworzyć nawet w pijanym, natchnionym widzie. Co to, to nie. Pisarze przedkładający nad pracę „koniaczek”, zazwyczaj – choć wszędzie zdarzają się wyjątki – na „koniaczku” poprzestają. „Skoro dziewięćdziesiąt dziewięć procent pisarzy bez przerwy rozmyśla, w jaki sposób poprawić świat i przypochlebić się tak zwanym czytelnikom, wszyscy piszą złe książki, które nikogo nie interesują” .


Ucieczka na wieś

Bernharda denerwuje życie w jego rozpiętości – życie bogate, intensywne to życie złe. W rozmowie z Kristą Fleischmann mówi o tym zupełnie otwarcie: „W gruncie rzeczy piszę wyłącznie dlatego, że wszystko jest bardzo nieprzyjemne” . Krytyka mieszczaństwa – „bezmyślna żarłoczność”, „niegustowne futra”, „bita śmietana” (107) – to tylko pretekst, by móc sobie pohulać. Szczególnie dobrze widać to na przykładzie druzgocącej oceny, jaką Bernhard wystawił adaptacji człowieka na tak zwanej „niwie natury”, natura bowiem wydaje się jeszcze gorsza, bardziej destrukcyjna („nieludzka”) od miasta.

„Ludzie, którzy wyjeżdżają z wielkiego miasta na wieś i chcą utrzymać na wsi swój standard duchowy, jak mówi Paul, muszą dysponować niesamowitym potencjałem, a więc mieć niezwykły zapas substancji mózgowej, ale i oni prędzej czy później wyczerpią się i wyjałowieją, a w momencie, gdy zauważą u siebie ten proces jałowienia, jest już najczęściej za późno, nie ma już ratunku, zamierają i cokolwiek by robili, na nic się to nie zda. Również i ja przez wszystkie te lata przyjaźni z Paulem przyswoiłem sobie własny, niezbędny do życia rytm krążenia między miastem a wsią i nie zamierzam zmieniać tego rytmu do końca życia: do końca życia co najmniej czternaście dni w Wiedniu, co najmniej czternaście dni na wsi. Umysł bowiem równie szybko napełnia się w Wiedniu, jak poza Wiedniem się opróżnia, a właściwie opróżnia się na wsi szybciej, niż się w mieście napełnia, wieś zawsze bowiem okrutniejsza jest dla umysłu i jego dobra niż kiedykolwiek mogłoby być miasto, to znaczy wielkie miasto. Człowiekowi ducha wieś zabiera wszystko, a (prawie) niczego nie daje” (109).

Do wsi ciągnie mieszczan – nazwijmy to w ten sposób – osobliwy „zew natury”, jej przesłodzony, sentymentalny obraz. Tymczasem rzadko kto wskazuje na szczególną brutalność wsi: tam sprawy między ludźmi, między ludźmi i zwierzętami załatwia się przemocą. Biologiczne koło okrucieństwa nie ma w niej końca, jak nie miało też wyraźnego początku. Nie przesłoni tego żaden russoistyczny landszafcik.


Trudna przyjaźń

Podtytuł książki, o której piszę, sugeruje, że jest ona także zapisem trudnej przyjaźni. Wstrząsające są w niej strony poświęcone umieraniu Paula. Próbuje on, trochę jak Tołstoj, uciec śmierci lub przekupić ją warzywami, którymi miałby ochotę jeszcze się trochę poodżywiać. A jednak pierwszy opuszcza go przyjaciel, nie życie. Dlaczego? Wariactwo w swoim nasileniu okazuje się nieznośne nawet dla przyjaciół. Bernhard wyznaje, że po prostu bał się odwiedzin swojego zwariowanego przyjaciela w „pawilonie Hermann”, gdy leżał powalony chorobą płuc. „Zacząłem się bać. Nie wiedziałbym, jak go przywitać, jak go przyjąć, jak go poskromić (…) Myśl, że Paul może mnie odwiedzić stała się w końcu dla mnie koszmarem” (48-49). Proszę na to spojrzeć tak: Bernhard bał się nawet stukniętego przyjaciela, a co dopiero bać się obcych wariatów, z którymi nie wiadomo, jak być! Obcy zakłóca nawet nie intymność zdrowych, lub lżej chorych, albo chorych inaczej – on wpływa na instytucjonalny porządek w tym kawałku świata, w którym starają się oni – staramy się my wszyscy – jakoś urządzić, mimo niezliczonych przeszkód i życiowych perturbacji. Wariat to udaremnia, gdyż jest ponad wytrzymałość absorbujący.

„Z pianą na ustach tak długo przywierał do człowieka, że po niedługim czasie nie można już było wytrzymać, więc trzeba się było od niego uwalniać siłą. Musiałem go często odpychać, co oczywiście robiłem niechętnie, nie miałem jednak żadnej innej możliwości, zgniótłby mnie przecież” (49).

W ostatnich chwilach przyjaciela Bernhardowi udziela się jego zwierzęcy lęk przed śmiercią. Wpada w panikę. Gdy ucieka, nie on zdradza przyjaciela. To nogi go niosą. Przyjrzyjmy się tej poruszającej scenie. Wszystko aż lepi się w niej od strachu.

„Nie wierzyłem, że tak osłabione ciało, w którym nie tliła się już żadna iskierka, nie było w nim już bowiem żadnej chęci do życia, mogłoby przetrzymać więcej niż kilka dni. Najgłębiej poruszało mnie to, jak nagle człowiek ten został całkowicie sam. (…) Odsunąłem się od przyjaciela, tak jak i inni jego przyjaciele, tak jak oni chciałem odsunąć się od śmierci. Lękałem się konfrontacji ze śmiercią. Ponieważ wszystko w moim przyjacielu było już śmiercią. Naturalną koleją rzeczy w ostatnim okresie prawie już nie wychodził, to ja miałem się u niego zgłaszać, co też czyniłem, tyle że zgłaszałem się w coraz większych odstępach czasu, znajdując wciąż nowe, coraz żałośniejsze wymówki. (…) Chodziłem, gdy już nie można było tego uniknąć, do niego sam, wolałem jednak chodzić z przyjaciółmi, tak, by dzielili ze mną tę absolutną straszliwość, którą emanował teraz mój przyjaciel” (113, 132).

Ilu ma się w życiu przyjaciół? Dwóch, trzech? Może i to nie. Jeżeli nie potrafimy spędzić z nimi nawet ostatnich chwil ich życia, tym samym szybko i pewnie weryfikujemy sens pojęcia przyjaźni, wypaczonego, jak sądzę, przez zarazę nieistotności, wymienialności, która niszczy wspólny nam świat. Wyraża się ona w praktyce społecznej oraz w potocznym języku („jak nie ten, to tamten”) wskazujących na okropną indyferencję jednych w stosunku do innych. Czy przyjęliśmy ją w spadku po ostatniej wojnie, podczas której zginęły dziesiątki milionów ludzi, po epoce obozów koncentracyjnych, w których zmieniano – dopiero potem okazało się, jak bardzo skutecznie – naturę ludzką? Tego nie wiem na pewno, ale podejrzewam, że tak się właśnie stało. W swoim przyjacielu Bernhard dostrzegł na sam koniec „muzułmana”, postać zamieszkującą szarą strefę, w której życie ulega zniekształceniu w procesie stopniowego zamierania („przestraszyłem się człowieka będącego już chodzącą śmiercią”, 131).

Przyjaźń, rodzina, miłość to elementy tego świata. Nie sposób ich przenieść „tam”, „tam” w ogóle niczego się nie przenosi. Ani kropelki, nawet atomu. Umierający jest w sferze przejścia, w momencie tranzytywnym. Nie ma go już „tu”, ale nie jest też „tam”. Trudno z nim być, ponieważ powoli przestaje on nas dotyczyć. Jutro mamy przecież podjąć życie na nowo. I tak aż do utraty tchu. Z wariatem rzeczy mają się dokładnie na odwrót. Angażujemy się w jego istnienie, ponieważ ilekroć pojawi się w bezpośredniej bliskości, wciąga nas w swoje sprawy, uniemożliwia wytchnienie po trudach zwyczajnego dnia. Przez wariata musimy mieć się stale na baczności.


Bibliografia
  • Bernhard Th., Bratanek Wittgensteina. Przyjaźń, tłum. M. Kędzierski, wyd. Czytelnik, Warszawa 2019.
  • Bernhard Th., Moje ceny, pr. M. Petříček, Prostor, Praha 2009.
  • Bernhard Th., Moje nagrody, tłum. M. Kędzierski, Spółdzielnia Wydawnicza Czytelnik, Warszawa 2010.
  • Bernhard Th., Spotkanie. Rozmowy z Kristą Fleischmann, tłum. S. Lisiecka, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2010 
  • Cousineau Th.J., Three-Part Inventions: The Novels of Thomas Bernhard, University of Delaware Press, Newark 2008.
  • Foucault M., Historia szaleństwa w dobie klasycyzmu, tłum. H. Kęszycka, Państwowy Instytut Wydawniczy Warszawa 1987. 
  • Kojève A., Wstęp do wykładów o Heglu, tłum. Ś.F. Nowicki, Fundacja Aletheia, Warszawa 1999.
  • Mickiewicz A., Pan Tadeusz, wydania różne.
  • Nowak P., Lekcje z wariatem, „Plus Minus” 7-8/01/2017, sobotnio-niedzielny dodatek do „Rzeczpospolitej”. 
  • Nowak P., Wyjaśnienia do „Lekcji z wariatem”, „Plus Minus” 11-12/02/2017, sobotnio-niedzielny dodatek do „Rzeczpospolitej”.
  • Poe E.A., The Raven / Kruk, tłum. S. Barańczak, w: Zwierzę słucha zwierzeń. Małe bestiarium z angielskiego, red. S. Barańczak, wyd. Itaka, PEN, Warszawa 1992.
  • Simmel G., Pesymizm, tłum. A. Serafin, „Kronos” 2019, nr 1.

Nota o Autorze:

Piotr Nowak – profesor filozofii na Uniwersytecie w Białymstoku, doktor habilitowany (2012, WFiS UW). Jest autorem książek: Ontologia sukcesu. Esej przy filozofii Alexandre’a Kojève’a (Gdańsk 2006), Podpis księcia. Rozważania o mocy i słabości (Warszawa 2013), The Ancients and Shakespeare on Time. Some Remarks on the War of Generations (Amsterdam-New York 2014), Hodowanie troglodytów. Uwagi o szkolnictwie wyższym i kulturze umysłowej człowieka współczesnego (Warszawa 2014), Umieram, więc jestem (Warszawa 2016), Puszka z Pandorą (Warszawa 2016), Przemoc i słowa. W kręgu filozofii politycznej Hannah Arendt (Warszawa 2018). Zajmuje się filozoficznymi konsekwencjami upływu czasu, napięciami międzypokoleniowymi, filozofią starożytną, filozofią polityczną, filozofią literatury, filozofią religii. Przekładał m.in. pisma H. Arendt, W.H. Audena, L. Straussa, A. Kojève’a, A. Blooma, B. Pasternaka, W. Rozanowa, A. Biełego, P. Florenskiego, J. Taubesa. Zastępca redaktora naczelnego kwartalnika filozoficznego „Kronos. Metafizyka – Religia – Kultura” oraz „Kronos. Philosophical Journal”. Członek Rady Fundacji Augusta hr. Cieszkowskiego.
PRZECZYTAJ JESZCZE
Koronawirus
wielkopolskie
229
zobacz mapę / szczegóły
REKLAMA

Kalendarz Wydarzeń / Koncertów / Imprez w Grodzisku

kiedy
2020-10-03 18:00
miejsce
Centrum Kultury Rondo, Grodzisk...
wstęp biletowany